Komunikat o błędzie

Notice: Undefined offset: 1 w counter_get_browser() (linia 70 z /var/www/vhosts/solidarnosc/solidarnosc.uni.lodz.pl/htdocs/modules/counter/counter.lib.inc).

35 lat "Solidarności" w UŁ - 35 lat temu - Pierwsza wolna organizacja. Uniwersytecka „Solidarność”

SUŁ35 znak.jpg     W sierpniu 1980 roku matematyk z Uniwersytetu Łódzkiego, wtedy doktor, a dziś profesor Adam Paszkiewicz, spędzał urlop na Wybrzeżu. O wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej informowało lokalne radio. I nagle zdał sobie sprawę, że język spikerów gdańskiej rozgłośni zabrzmiał zupełnie inaczej niż oficjalna propaganda.

 

Związek rósł w siłę w czasie sesji poprawkowej

            Początki niezależnego związku zawodowego pracowników nauki, administracyjnych i technicznych w Uniwersytecie Łódzkim przypadają na pierwsze dni września 1980 r.

            Grupa założycielska organizacji, w której znaleźli się m.in. asystenci Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Jerzy Drygalski i Jacek Kwaśniewski, uruchomiła punkty informacyjne. Jeden z nich prowadził dr Stefan Niesiołowski. Pod koniec września dr Jerzy Kropiwnicki z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego włączył się do współorganizowania „Solidarności” i został jej pierwszym przewodniczącym na uczelni.

            - Trwała sesja poprawkowa, więc większość pracowników była już w pracy - przypomina Kajus Augustyniak, dziś rzecznik prasowy prezydenta Łodzi. - To miało niebagatelny wpływ na szybkie znalezienie poparcia dla idei nowego związku. Tak więc jeszcze na progu nowego roku akademickiego uniwersytecka organizacja liczyła dwa tysiące członków. Ta liczba umożliwiła jej wejście w skład Tymczasowego Zarządu Regionu. W Uniwersytecie działał wówczas jeden z trzydziestu największych wolnych związków zawodowych w całym regionie. Organizacja uniwersytecka formalnie ukonstytuowała się 2 października 1980 roku.

 

Konglomerat światłych ludzi

            - Zanim przystąpiłem do „Solidarności”, upłynęło kilka miesięcy - wspomina prof. Adam Paszkiewicz. - Należałem do pokolenia trzydziestolatków, które wtedy pośpiesznie chłonęło wiedzę o historii najnowszej Polski. Wcześniej miałem dobrych nauczycieli w XXVIII Liceum Ogólnokształcącym. Nauczyli nas samodzielnego myślenia, podsuwali pozapodręcznikowe fakty z naszych dwudziestowiecznych dziejów. To był jednak wierzchołek góry lodowej w porównaniu z tym, co można było przeczytać w roku 1980 w książkach drugiego obiegu, które znalazły się nagle w zasięgu ręki.

            Do świadomości z trudem przebijał się rozmiar tragedii Katynia, Charkowa i Miednoje. Nowo poznawane fakty, statystyki zbrodni dokonywanych przez NKWD, wyostrzały nasz głód wiedzy o skrywanej historii.

            Prof. Paszkiewicz pamięta, jakie wrażenie zrobił na nim pierwszy skład władz uczelnianych Związku. To był konglomerat światłych ludzi, młodych naukowców i urodzonych przywódców, zdolnych organizatorów i ideowców, widzących w związku szansę dla solidarności wszystkich grup społecznych. Ale znaleźli się także ludzie o dużej wiedzy, którzy pozostawali bierni i obojętni wobec nowego ruchu społecznego. Jakby nie wierzyli w zwycięstwo rozumu nad złem.

            Bogusław Samulczyk, wieloletni przewodniczący Komisji Zakładowej przypomina, że kiedy w Uniwersytecie Łódzkim powstawała od podstaw struktura organizacyjna „Solidarności”, wszyscy chcieli, by była wzorowa. W końcu miała to być pierwsza wolna organizacja zawodowa w trzydziestopięcioletnich dziejach uczelni!

                        Z przygotowaniami do wyborów władz było tak, jakby w sklepie spożywczym ktoś chciał odważyć cukier na wadze aptecznej - wspomina Bogusław Samulczyk. - W fabrykach wszystko odbywało się bez ceregieli, bez „akademickich” przydługich dyskusji. U nas Walne Zebranie Delegatów przeciągnęło się bez mała do świtu. Były chwile, że nie rozmawialiśmy o kandydatach do władz organizacji, ale prowadziliśmy długie spory proceduralne.

 

Interes „Solidarności” czy branży

            Zagadnieniem o strategicznym znaczeniu było w tym czasie rozważanie wątpliwości czy pracownicy nauki utworzą związek branżowy sfederowany z „Solidarnością”, czy też wejdą do wspólnoty związkowej wraz z pracownikami przemysłu. Zwyciężył pogląd, że silny może być tylko jeden duży związek stanowiący alternatywę prawdziwej niezależności wobec władzy.

            W regulaminie organizacji uczelnianej NSZZ „S” w UŁ znalazł się ważny zapis, że celem i zadaniem jest integracja ruchu związkowego na wyższych uczelniach i w placówkach naukowych, udzielanie wszechstronnej, specjalistycznej pomocy ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb środowiska robotniczego.

            - Członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego masowo przechodzili do „Solidarności”, na fizyce zrobili to bez mała wszyscy - pamięta Barbara Szpigiel, dziś kierowniczka sekretariatu Komisji Zakładowej. -W kraju było nas dziesięć milionów. Do „Solidarności na uczelni należało cztery piąte pracowników. Na ekonomii, gdzie organizację stworzył dr Jerzy Kropiwnicki, stopień zorganizowania sięgnął dziewięćdziesięciu procent zatrudnionych. Związkowcy nie mieścili się w auli.

 

Solidarni bez hierarchii

            - Dla mnie początki „Solidarności kojarzą się ze swobodą wypowiedzi - mówi Halina Szpigiel (czterdzieści lat pracy w UŁ, obecnie ćwierćetatowa kasjerka w Komisji Zakładowej). - Pamiętam naszego działacza, nieżyjącego już dr Marka Żelazo, jak na zebraniach wykłócał się o każdą zmianę z prorektorem. Te zebrania to były wspaniałe lekcje demokracji. Profesor, magister i pracownica administracji w „Solidarności byli ze sobą na „ty. Kto zna zhierarchizowaną strukturę uczelni, ten wie, jaka to była rewolucyjna zmiana w mentalności.

            - Jednym z zadań Związku była kontrola społeczna dystrybucji żywności - wspomina profesor Paszkiewicz. - Byłem wtedy przewodniczącym „komitetu bufetowego”. Dziś może to wyglądać groteskowo i absurdalnie, ale wówczas musieliśmy pilnować sprawiedliwego podziału produktów spożywczych, których stale brakowało.

            - Bezradnie przyglądaliśmy się jak silne lobby górników, hutników, kolejarzy wywalczają w strajkach wyższe pensje i dalsze przywileje, podczas gdy nauczyciele wlekli się na szarym końcu - podkreśla profesor. - Nie wyobrażaliśmy sobie, że jako nauczyciele akademiccy moglibyśmy zastrajkować.

            Jednak uczelniani działacze szybko znaleźli się pod obserwacją Służby Bezpieczeństwa. Tyle że „opiekunowie” z SB byli w Uniwersytecie powszechnie znani. W ich obecności trzymało się język za zębami.

 

Cukier na dziesięć lat stanu wojennego

                        Kiedy wraz z wprowadzeniem stanu wojennego internowano nasze koleżanki i kolegów ze związku, natychmiast przeznaczyliśmy pieniądze ze składek członkowskich na wypłatę regularnego wynagrodzenia uniwersyteckiego, nawet z premiami regulaminowymi - opowiada Halina Szpigiel. - Pieniądze przekazywaliśmy rodzinom internowanych. W konspiracji wypłacaliśmy zasiłki statutowe np. po urodzeniu dziecka, dofinansowywaliśmy nawet wczasy szeregowym członkom „Solidarności”. Jeździliśmy do bardzo gościnnych górali w Murzasichlu, którzy przyjmowali nas po odpowiednio niskich cenach - dodaje Bogusław Samulczyk. - Oni widzieli w nas ludzi z podziemnej „Solidarności” i przyjmowali nas wyjątkowo otwarcie.

            - Podobnie jak inni członkowie „Solidarności”, także ci z uniwersytetu spotykali się na legendarnych już nabożeństwach w kościele oo. Jezuitów przy ul. Sienkiewicza, a ojciec Stefan Miecznikowski, kapelan łódzkiej „Solidarności” utwierdzał w nas wolę walki do zwycięskiego końca - opowiada Halina Szpigiel. - Ten niezwykły duszpasterz dbał nie tylko o morale związkowców, ale również o codzienne potrzeby internowanych. Kiedy zaapelował o cukier dla uwięzionych, wielu z nas zdecydowało się podzielić swoimi kartkowymi przydziałami. Dostarczyliśmy do kościoła tyle cukru, że ojciec Miecznikowski powiedział dość: Cukru mamy tyle, że wystarczyłoby Internowanym nawet na dziesięć lat stanu wojennego!

 

Fragment "Kroniki miasta Łodzi", kwartalnik 4/2005,

autor: Włodzimierz Kupisz - dziennikarz „Dziennika Łódzkiego”